Właśnie skończyłam ponownie czytać „Jedz, módl się, kochaj”.

Pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej książce. W styczniu 2008 roku rozwiodłam się, po zaledwie 1,5 roku trwającym małżeństwie. Co prawda nasz związek trwał o wiele dłużej, bo poznaliśmy się na jesieni 1997 roku, ale przez prawie cały czas jego trwania żyliśmy w konkubinacie. Małżeństwo (mogę mówić jedynie ze swojej perspektywy) było ostatnią próbą ratowania tej relacji. Poszliśmy razem na terapię, wzięliśmy ślub, ale niestety okazało się, że pewnych rzeczy nawet tak radykalne posunięcia nie są w stanie naprawić.
Żeby było jasne. Wyszłam za mąż z miłości i nadal kochając mojego męża – rozwiodłam się z nim. Czasami miłość to za mało, żeby ze sobą wytrzymać.
Najgorsze było to, że podczas rozprawy, kiedy sędzina dociekała „ale dlaczego wyszła Pani za niego za mąż” – nie mogłam się do tego przyznać. Za bardzo się bałam, że kiedy powiem, że kochałam i nadal kocham mojego męża – nie dostanę rozwodu.

Dowiaduję się o książce „Jedz, módl się, kochaj”.

Rozwód otrzymaliśmy 11 stycznia 2008 roku, a na początku czerwca wyprowadziłam się z dziećmi do wynajętego mieszkania.
Wtedy też poznałam Viki – czyli Ingę Schorowską i to właśnie ona zasugerowała mi, że powinnam przeczytać „Jedz, módl się kochaj”.
Pamiętam dokładnie ten moment, kiedy pyta mnie, czy czytałam tę powieść.
Kiedy tylko o tym usłyszałam, poczułam całym ciałem, że MUSZĘ jak najszybciej ją przeczytać.
Niestety, w tamtym czasie nie bardzo mogłam pozwolić sobie finansowo na taką fanaberię jak zakup książki.

Jednak, dzięki boskiej interwencji trafiła ona w moje ręce w następnym tygodniu.

Moje przyjaciółki – Jagoda i Agnieszka miały się spotkać w mieszkaniu Jagody, żeby porozmawiać o planowanym wspólnie przedsięwzięciu, a ponieważ dawno nie widziałam jednej i drugiej, zaproponowały mi,  żebym do nich dołączyła. Kiedy przeszły do drugiego pokoju, żeby omówić swoje sprawy i zostałam sama, zaczęłam rozglądać się za czymś do czytania. Podeszłam do stołu, na którym leżała dobrze znana mi książka Louise Hay „Możesz uzdrowić swoje życie”. Stanęłam przy stole patrząc na tę książkę, a wtedy COŚ kazało mi ją wziąć do ręki. Zaczęłam polemizować z moim wewnętrznym głosem, wyjaśniając mu, że mamy tę książkę w domu, więc nie będziemy jej teraz przeglądać, ale głos NALEGAŁ. (Mój głos wewnętrzny jest jak widać bardziej uparty niż ja, chociaż niektórym wydaje się to niemożliwe).
W każdym razie ULEGŁAM. Wzięłam tę książkę do ręki i wtedy dopiero zorientowałam się, że pod spodem leży „Jedz, módl się, kochaj”.Pobiegłam podekscytowana do Jagody, zapytać, czy mi ją pożyczy. Okazało się, że sama ją pożyczyła od swojej koleżanki i po złożeniu przeze mnie obietnicy (której dotrzymałam), że przeczytam książkę w dwa dni i oddam ją w nienaruszonym stanie – znalazłam się w posiadaniu wymarzonej lektury. Pochłonęłam ją w ekspresowym tempie, a niedługo potem, zaopatrzyłam się we własny egzemplarz.

A wszystko dzięki „Jedz, módl się, kochaj”

W zeszłym tygodniu znalazłam na Legimi ebooka o tytule A wszystko dzięki „Jedz, módl się, kochaj”.
Na stronie księgarni możemy znaleźć opis, że
to opublikowane 10 lat po pamiętniku Elizabeth Gilbert i opatrzone jej entuzjastycznym wstępem opowieści blisko pięćdziesięciu osób, które po przeczytaniu historii Liz zmieniły swoje życie. Z potrzeby podzielenia się niezwykłym i całkowicie nieoczekiwanym doświadczeniem napisali je ludzie, których różniło wszystko – narodowość, wiek, płeć, status społeczny, zawód. A jednak wszyscy oni ulegli wspaniałej sile inspiracji i zdołali odrzucić dawny styl życia, by rozpocząć wędrówkę nową ścieżką – czasem trudną i wyboistą, ale własną. Niektóre transformacje tu opisane byłyby wręcz niewiarygodne, gdyby nie to, że – z prostotą i autentycznością – opowiadają o nich ludzie, których dotyczyły.

Natknięcie się na te opowieści i wchłonięcie ich w ekspresowym tempie tak, jak wcześniej wchłonęłam „Jedz, módl się, kochaj” spowodowały, że wróciłam ponownie do lektury książki Elizabeth.

Z perspektywy 9 lat  – wyboista, ale własna.

Czytałam ją jednak już z zupełnie innej perspektywy – 9 lat od rozwodu.
Podobnie, jak autorka książki, zaraz po rozwodzie, uwiesiłam się emocjonalnie na innym mężczyźnie, który jak sądziłam wybawi mnie od wszelkich problemów, na szczęście jednak tak się nie stało. Ze swoimi problemami musiałam się zmierzyć sama. Jak mówiłam już – na szczęście.
Nie pojechałam do Włoch, nie pojechałam do Indii jak Elizabeth. Nie było mnie na to stać finansowo, dodatkowo miałam dwoje dzieci pod swoją opieką. Nie mówiąc już o tym, że podróżowanie nigdy mnie nie pociągało tak, jak bohaterkę i autorkę książki.  Jednak na własną rękę, na przeróżne sposoby podejmowałam działania zmierzające do wyeliminowania z mojego życia tych aspektów, które mnie zwyczajnie unieszczęśliwiały oraz wprowadzałam jak najwięcej aspektów związanych z duchowością. Szukałam też wszystkiego, co sprawia mi przyjemność.

Zostawianie tego co szkodzi, poszukiwania duchowe i babranie się w emocjach.

Porzuciłam pracę w korporacjach, a zaliczyłam ich kilka (Interia, IDMnet, TVN). Zaczęłam pracować na własny rachunek, bez zgniłych kompromisów robiąc to, co kocham i w czym czuję się najlepiej. Brałam udział w przeróżnych duchowych warsztatach – z tych, które najmocniej wpłynęły na moją duchowość mogę wymienić między innymi-   udział w 10 dniowym kursie medytacji Vipassana oraz warsztaty „Czytania duszy” u Ireny Ustinovic.
Superważną (o ile nie najważniejszą) częścią mojej emocjonalnej przemiany była też bardzo intensywna, trwająca 3 miesiące grupowa terapia. Przez 12 tygodni, po dwie półtoragodzinne sesje dziennie. Mało nie umarłam. Po każdej sesji dosłownie doczołgiwałam się do domu, rzucałam na łóżko i spałam. Ilość „syfu”, którą wtedy przekopałam była zadziwiająca. Nie wiem, czy w tej chwili zdecydowałabym się drugi raz na to doświadczenie. Co ciekawe, w tej terapii brałam udział styczeń-luty-marzec 2014 roku, ale już w październiku 2008 roku we śnie, zostało mi pokazane, że tam będę.  A potem kolejna terapia grupowa u cudownej terapeutki (polecam gorąco każdemu) Kasi Wójcik. A później jeszcze jedna terapia – tym razem indywidualna, zaraz po tym, jak zmarł mój Ojciec.

Ostatnia terapia.

I ostatnia terapia, znowu grupowa, która miała trwać rok, ale zrezygnowałam z niej po 7 miesiącach, kiedy poczułam, że już naprawdę mam DOSYĆ. Poczułam, że już nie chcę się „babrać w uczuciach”, chcę zacząć ŻYĆ i sprawdzić, czy te wszystkie, następujące po sobie terapie coś mi dały. A dały mi ogromnie dużo. Teraz widzę to wyraźnie od ilu stłumionych uczuć się wtedy uwolniłam, ile nauczyłam się o relacjach z ludźmi i o sobie samej. I wiem też, że żadna terapia indywidualna nie da człowiekowi tego, co praca w grupie. To właśnie na terapii grupowej uczyłam się rozmawiać o swoich uczuciach z ludźmi, których się bałam. Albo którzy wkurwiali mnie do białości. Na terapii indywidualnej nie ma po prostu możliwości, żeby „w warunkach emocjonalnego poligonu” ćwiczyć taką umiejętność.

Wyprowadzka na Teneryfę.

W międzyczasie dzieci dorosły, a ja zdecydowałam się wyprowadzić na Teneryfę, gdzie przeniosłam ćwiczenia z cieszenia się życiem i szukania przyjemności oraz poszukiwania Boga w moim życiu na kolejny poziom. To jest moja Indonezja. Tutaj łączę wszystko, czego się wcześniej nauczyłam. Co prawda, jeszcze nie spotkałam swojego Felipe, ale czuję, że to tylko kwestia czasu :)
To są też moje Włochy, bo kto jak kto, ale Hiszpanie wiedzą, czym jest nieśpieszne życie, cieszenie się kontaktem z ludźmi i tutaj też uczę się nowego dla mnie języka.
To nie są jednak moje Indie, bo najtrudniejszą i najbardziej bolesną przemianę zaliczyłam w Polsce (mam taką cichą nadzieję ;)) To, jak znalazłam się na Teneryfie, to już oddzielna historia, którą może niedługo także opiszę.

Wiara, nadzieja, miłość.

I mimo, iż moja przemiana „duchowa” i życiowa rozpoczęła się dużo wcześniej, niż przeczytałam „Jedz, módl się, kochaj”, czuję, jak bardzo mocno ta książka wpłynęła na mnie.
Moja przemiana, nie zaczęła się od lektury książki, ale książka cały czas jej towarzyszyła. Pamiętam, jak w tym pierwszym roku po rozwodzie, nosiłam ją ze sobą w torbie (chociaż była cholernie ciężka) – jak jakiś talizman. Ta książka dała mi bardzo ważną rzecz. NADZIEJĘ. Nadzieję, że jeśli usunę z mojego życia to, co mnie unieszczęśliwia, pogodzę się z tym, czego zmienić nie mogę (albo nie w tym akurat momencie) i znajdę drogę do swojego serca, a co za tym idzie, do kontaktu „Z Tymi Z Góry” jak ich sobie nazywam – odzyskam spokój, pogodę ducha i szczęście.

Czasami jest nam w życiu tak ciężko, że tracimy nawet WIARĘ w to, że kiedyś będzie lepiej. Ale wtedy – zostaje nam jeszcze NADZIEJA.

Empatia dla siebie.

A przed chwilą, szukając audiooboka „Jedz, módl się, kochaj” w wersji hiszpańskiej (bo przecież mieszkam a Teneryfie i uczę się nowego języka!)  i trafiłam na ten wywiad z autorką książki. Elizabeth Gilbert i Brene Brown, to moje ulubione postacie – obie są szczere, spójne i autentyczne i mają otwarte serca. Obie też są – chociaż w zupełnie różny sposób – orędowniczkami dobrego traktowania siebie.

Szczególnie podoba mi się to, co Elizabeth mówi  o tym, że nie jest Buddą i miewa okropne dni, dokładnie tak, jak wszyscy, ale że teraz, stara się być dla siebie empatyczna. Nie dowala sobie, ma dla samej siebie współczucie, daje sobie wsparcie i sama siebie pociesza. Jest dla siebie ŻYCZLIWA. To mnie bardzo porusza, ponieważ, kiedy pracuję z kobietami, dostrzegam, jak bardzo są nieżyczliwe w stosunku do samych siebie, są swoimi najsurowszymi sędziami, a czasem wręcz katami.

Obejrzyjcie więc sobie na koniec cudowną Liz, posłuchajcie jak mówi, jak się śmieje i jaka jest dobra dla siebie i bierzcie z niej przykład.
A jeśli jeszcze nie czytaliście „Jedz, módl się, kochaj” to pędem lećcie do księgarni :)

 

Potrzebujesz praktyki w pracy z emocjami? Zapraszam na sesje albo warsztaty ze mną.

 

PS. Film z Julią Roberts „Jedz, módl się, kochaj” mnie nie zachwycił, co więcej, był moim chyba największym filmowym rozczarowaniem i nie osłodził mi tego nawet Javier Bradem.

7 thoughts on “Jedz, módl się, kochaj – książka zmieniająca życie?

  1. Właśnie czytam. Po Twoim wpisie natychmiast ją zamówiłam, bo nie czytałam wcześniej. Koleżanki mi ją podsuwaly, a im bardziej mnie przekonywaly że powinnam. …. to ja tym bardziej NIE. Lesiu, albo to zaufanie do Ciebie, albo po prostu odpowiedni czas.
    „Cztery nogi na ziemi, głowa pełna zielska, patrzenie na świat sercem „.
    Ściskam Was i siebie

    1. Może jedno i drugie :)
      A może jedynie zachęcały, a nie do końca wyjaśniały dlaczego zachęcają :)
      Najważniejsze że czytasz i że mam nadzieję Ci się podoba :)

  2. Inspirująca historia! Myślę, że do niektórych książek trzeba dojrzeć, a z innych się wyrasta :) Ja czytałam „Jedz, módl się, kochaj” ładnych parę lat temu, gdy taplałam się w beznadziei w każdej niemal dziedzinie życia, a tak najbardziej to w mojej głowie. Nieszczęśliwy związek, nielubiana praca, nie miałam pomysłu na siebie i nie widziałam dla siebie wyjścia. Nie mogłam zrozumieć o co właściwie w tej książce chodzi, wkurwiała mnie. Za mną kilka lat pracy, „babrania się w emocjach”, chyba jeszcze więcej przede mną, i teraz właśnie zupełnym przypadkiem trafiam na ten wpis i zachęciło mnie to do zajrzenia w nią raz jeszcze. Dajemy sobie drugą szansę, edycja 2018! :)
    Pozdrawiam ciepło <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *