CZYM JEST PROJEKCJA?

Projekcja polega on na przypisywaniu innym ludziom naszych wypartych do nieświadomości cech, zachowań, emocji, przekonań, strategii postępowania. To, czego nie akceptujemy w sobie – denerwuje nas, irytuje, drażni i sprawia nam przykrość właśnie w kontakcie z innymi ludźmi. I nawet nie musi to być kontakt bezpośredni. Wystarczy, że włączymy telewizor, otworzymy gazetę, czy poserfujemy po forach internetowych czy portalach społecznościowych.

JEDYNYM POWODEM, DLA KTÓREGO DENERWUJĄ NAS INNI LUDZIE JEST TO, ŻE WSKAZUJĄ NAM POPRZEZ SWOJE ZACHOWANIE NIEKOCHANE I NIEZAAKCEPTOWANE CZĘŚCI NASZEJ OSOBOWOŚCI.

To, czego nie dostrzegamy u siebie, widzimy u innych ludzi. Ludzie dookoła nas są lustrami, w których się przeglądamy w całości –widzimy w nich nie tylko to, co w sobie lubimy, akceptujemy i jesteśmy świadomi, ale także to, czego w sobie nie lubimy, nie akceptujemy i czego świadomi u siebie nie jesteśmy.

Gdy doświadczamy dyskomfortowych emocji (złości, żalu, gniewu, smutku, wstydu czy lęku) konfrontujemy się z tym, czego w sobie nie kochamy, nie akceptujemy, czego udajemy sami przed sobą i resztą świata z całych sił, że nie mamy.

W tym właśnie sensie inni ludzie uzdrawiają – dają nam szansę zobaczyć to, czego w innej sytuacji nigdy byśmy w sobie nie zobaczyli.Celem wszystkich relacji (niezależnie, jak je oceniamy), w jakich znajdujemy się w życiu, jest to, abyśmy wreszcie zaakceptowali siebie. Jeśli bowiem tego nie zrobimy, nie będziemy mogli być szczęśliwi.

projekcja, mechanizm projekcji

STRUKTURA NASZEJ OSOBOWOŚCI – SALON I PIWNICA

Struktura naszej osobowości dzieli się z grubsza na dwie części. Ja zwykłam je nazywać salonem i piwnicą.
W salonie trzymamy wszystkie rzeczy, które w sobie lubimy i akceptujemy je w sobie. W piwnicy umieszczamy wszystko to, czego się wstydzimy, czego w sobie nie lubimy (a czasem szczerze nienawidzimy), czego w sobie nie akceptujemy i na co nie mamy w sobie zgody.
Trzymanie w piwnicy części naszej osobowości kosztuje nas bardzo dużo życiowej energii. Dodatkowo, wszystkie części naszej osobowości, za którymi nie przepadamy, są nam niezbędne do tego, aby dobrze w życiu funkcjonować. Przykład? Wiele osób w piwnicy umieszcza złość i się od niej odcina. A przecież złość potrzebna jest nam do stawiania granic i bycia asertywnym.
Dlatego właśnie te wyparte części, cały czas się dopominają o to, żeby je ukochać i zaakceptować. Ale im bardziej je w tej piwnicy ściskamy, tym mocniej napierają na nas z zewnątrz. Często przyjmują wręcz karykaturalną postać, bylebyśmy tylko zwrócili na nie uwagę. Osoby, które mają wypartą swoją seksualność, często bardzo ostro reagują na wszelkie wzmianki, czy jej objawy u innych ludzi, a także demonizują ją, podając na przykład ile złego robi w świecie (gwałty, molestowania itp).

Jak długo się czegoś wypieramy i tłumimy to w sobie, zamiast się z tym zaprzyjaźnić, tak długo będzie nas to męczyło, denerwowało, a czasem nawet „atakowało” z zewnątrz.

 

projekcja

MOJE SPOTKANIE Z PROJEKCJĄ

Czasem w moim życiu czułam się zupełnie tak, jak prezenter prognozy pogody w filmie „Dzień Świstaka”, który przyjeżdża do miasteczka Punxsutawney, żeby relacjonować coroczne święto przepowiadające nadejście wiosny. Pod koniec dnia dochodzi do wniosku, że był to najgorszy dzień w jego życiu. Kiedy budzi się następnego ranka, z przerażeniem stwierdza, że znów jest ten sam dzień i musi przeżyć go ponownie. Przeżywa wielokrotnie ten dzień tak długo, dopóki nie zmieni swojego stosunku emocjonalnego do tego, co mu się przydarza. Tak właśnie było w przypadku pewnej niezaakceptowanej części mojej osobowości.

 

Przez większość swojego życia byłam przekonana, że jestem osobą pogodną, pozytywnie nastawioną do rzeczywistości i optymistką. Uważałam, że należy zawsze patrzeć na życie z jasnej strony. Co dziwne, wciąż przyciągałam osoby, które wszystko krytykowały, widziały świat w ciemnych barwach,narzekały i marudziły. Nie widziałam wówczas oczywiście żadnego związku między sytuacjami, które mi się przydarzały i sobą.

 

Byłam przez jakiś czas w związku z mężczyzną, który dosłownie „wszystko” krytykował i z „niczego” się nie cieszył. Mieszkałam wtedy w pięknym (według mnie oczywiście) mieszkaniu – a ON przychodził do mnie i komentował w przykry dla mnie sposób to, jak jest urządzone, narzekał, że wybrałam złe kafelki do łazienki, bo na pewno pokryją się pleśnią, że mam fatalną kabinę prysznicową, bo tworzy się na niej osad z wody, piekarnik jest zamontowany na złej wysokości, w kuchni mam za mało blatu roboczego, a od niebieskich ścian w sypialni na pewno dostanę depresji. Kiedy przygotowywałam mu śniadanie, mówił, że bułki są „za mało bułkowe” ,a szynka nie taka jak kiedyś. Bardzo mnie to denerwowało i próbowałam go przekonać, że powinien się cieszyć tym, co jest, doceniać moje starania i zaakceptować rzeczywistość, ale nie przyjmował tego do wiadomości. Doświadczałam bardzo nieprzyjemnych emocji, kiedy się tak zachowywał.

 

Gdy dzwoniłam do mojej mamy, również słuchałam jej niekończących się narzekań. Odkładając słuchawkę zastanawiałam się, dlaczego ona nie cieszy się życiem, tylko nieustannie wszystko krytykuje i patrzy na życie z najgorszej strony. Ale jeszcze wtedy „nie zetknęły mi się styki” i nadal trwałam w błogiej nieświadomości. Proces integrowania wypartej części mojej osobowości rozpoczął się pewnego dnia po powrocie z pobliskiego urzędu pocztowego. Kiedy przychodziłam na pocztę, żeby odebrać przesyłkę czy paczkę, każdorazowo przeżywałam „dzień świstaka”. Wszystko odbywało się praktycznie według jednego scenariusza. Po pierwsze – trafiałam na kolejkę, w której stało bardzo dużo osób, a z trzech okienek, było czynne tylko jedno. Po drugie –zwykle za mną „przypadkowo”znajdowała się jakaś osoba, która najpierw nerwowo przestępowała z nogi na nogę, potem głośno wzdychała, po czym zaczynała narzekać na głos, że ta poczta jest okropna, że jest za mało otwartych okienek, a panie za wolno pracują. Często też ta osoba była bardzo nieprzyjemna dla pracujących tam urzędniczek.

 

Miałam różne strategie radzenia sobie z tym, co się działo. Jedną z nich można nazwać „metodą zen” –oddychałam i usiłowałam udawać, że mnie tam nie ma i to mnie nie dotyczy, udawałam, że tego nie słyszę, usiłowałam pogrążać się w myślach, co oczywiście przynosiło zerowy efekt. Strategia numer dwa –jak się łatwo domyślić również nieprzynosząca żadnych efektów, polegała na tym, że odwracałam się do marudy za plecami i proponowałam, że ustąpię jej czy też jemu swojego miejsca w kolejce pod warunkiem, że natychmiast przestanie narzekać. Zwykle jednak ta osoba była tak zajęta krytykowaniem, że nie reagowała na moją propozycję.

 

Za każdym razem, gdy wracałam z tej poczty, bardzo źle się czułam. Po jakimś czasie, ponieważ wciąż i wciąż przeżywałam tam to samo, coś zaczęło się przedzierać do mojej świadomości. Zaczęłam się zastanawiać, jaki to ma ze mną związek? PRZECIEŻ JA NIE NARZEKAM, ANI NIE MARUDZĘ I ZAWSZE CIESZĘ SIĘ Z TEGO, CO MAM? (Hahahaha).

 

I wtedy przypomniały mi się słowa doktora Ihaleakala Hew Lena „Czy nie zastanawia cię fakt, że kiedy wydarza się coś przykrego, Ty zawsze jesteś na miejscu?” Zaczęłam się zastanawiać, jaki związek ze mną mają wciąż spotykane osoby ponure, narzekające, krytykujące i marudne.

 

Zrobiłam na początek założenie – jeśli denerwują mnie ludzie, którzy są krytykami, pesymistami i marudami, to ja też muszę taką część w sobie mieć, też taka jestem – w dodatku nie akceptuję tego, wypieram się tej części swojej osobowości i nie jestem nawet tego świadoma. Wniosek logiczny został wysnuty, ale nadal nie miałam z tym „kontaktu” emocjonalnego, pozostawałam póki co na poziomie myślenia, ale jeszcze nie czucia.

 

Osobą, która również była dla mnie lustrem, w którym w bolesny dla mnie sposób często miałam okazję się przeglądać, był mój młodszy syn. Bardzo często, gdy wracał ze szkoły, wysłuchiwałam narzekań na nauczycieli, kolegów i na wszystko, co go spotkało oraz konkluzji, że świat jest podły i zły. Odczuwałam potworną bezsilność, bałam się mu przytaknąć, żeby nie utwierdzić go w tym sposobie myślenia na wieki. Nie chciałam za nic się nad nim użalać, aby nie pozostał na zawsze w „krainie ofiar”. Usiłowałam go przekonać, że na życie należy spoglądać z jasnej strony. Dziecko zaś narzekało coraz bardziej, wściekało się na mnie, że go nie rozumiem i oboje byliśmy coraz bardziej sfrustrowani.

 

Bolesnym,ale przełomowym momentem, kiedy wreszcie POCZUŁAM – był czas, gdy poszłam na rozmowę w sprawie pracy. Przyszłam 40 minut wcześniej, siedziałam i czekałam na swoją kolej nieopodal stanowiska pani ochroniarz. Musiałam wysłuchać jej przemowy, która była zbiorem narzekań na polityków, sytuację gospodarczą, na ceny, a w końcu na pogodę: że jest zimno, że nie odśnieżają, że miasto nie dba o mieszkańców. Faktycznie zima tamtego roku dość obficie sypnęła śniegiem. Usiłowałam ją oczywiście pocieszać –znajdując alternatywne, pozytywne aspekty danych sytuacji, jednak pani ochroniarz nie dawała za wygraną i narzekała dalej. W końcu powiedziała, że kiedy cały śnieg stopnieje, (ciężarówki nie nadążały z wywożeniem śniegu poza obszar miejski), ulicami popłynie woda i na pewno będzie wielka powódź. Zmęczona już mocno pocieszaniem jej, nie dawałam jednak za wygraną w swojej „polityce optymizmu” i odparłam, że wówczas wszyscy założymy długie gumowe buty, takie, jakie noszą wędkarze i jakoś damy radę. Popatrzyła na mnie i odpowiedziała bardzo stanowczo:

 

ALE NA PEWNO TAKICH BUTÓW DLA WSZYSTKICH NIE WYSTARCZY!

 

To był moment, w którym część mnie, pozostająca w przestrzeni, gdzie jej nie akceptowałam i w dodatku nie byłam jej świadoma –dosłownie w jednej chwili przedarła się do miejsca, gdzie nadal jej nie akceptowałam (och, jak bardzo), ale już byłam jej świadoma (niestety).Dotarło do mnie, w bardzo bolesny sposób, że ja też mam taką część –marudną, pesymistyczną, narzekającą i krytyczną.

Nagle zrozumiałam, a także poczułam bardzo boleśnie, że ci wszyscy męczący ludzie wokół mnie – to była projekcja tej części, której tak jak mogłam, wypierałam się nieustannie. Mam wrażenie, że byłam pierwszą osobą od pokoleń w mojej rodzinie, która sobie jej posiadanie uświadomiła.

Wówczas pierwszy raz świadomie USŁYSZAŁAM, jak narzekam, marudzę i krytykuję. Czułam się jak bohaterka jednej z bajek, której z ust wypadają ropuchy, jaszczurki i żmije. Wydawało mi się, że tylko po to zaczynam mówić, aby coś skrytykować, mieć za złe i marudzić. Było to coś okropnego!

Dosłownie nienawidziłam się za to!

Nadal jednak stawiałam opór tej części mnie i bardzo jej nie akceptowałam. Efekt był taki, że gdy dostałam nową pracę i pojechałam na szkolenie do Warszawy, to, choć starałam się powstrzymywać od krytykowania i narzekania, wciąż byłam stawiana w takich sytuacjach, które dosłownie ZMUSZAŁY MNIE do narzekania i marudzenia. Dano mi laptopa, który był zepsuty, w umowie, którą miałam podpisać pomylono moje dane osobowe, a w telefonie służbowym odpadała klapka. Na domiar złego założono mi maila z pomyloną pierwszą literą imienia. Za każdym razem musiałam zwracać uwagę na te pomyłki i błędy. Aż wreszcie mój nowy szef powiedział:

WIESZ, Z TOBĄ SIĘ NIE DA WYTRZYMAĆ, BO TY WSZYSTKO KRYTYKUJESZ. MOŻE MOGŁABYŚ SIĘ, DO CHOLERY, ZACZĄĆ CIESZYĆ Z TEGO, CO MASZ?

Och, jak bardzo tego chciałam!

 

Wkurzają Cię inni ludzie? Popracuj nad tym problemem za pomocą ANKIETY ZDROWA DUSZA, albo zapisz się na SESJĘ lub WARSZTAT.
Wpis zawiera cytaty z książki „Zdrowa Dusza. Nowe metody autoterapii” 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *