Ciemna strona Prawa przyciągania

 

Pod koniec lat 90., kiedy odzyskiwałam zdrowie, idee New Age dotyczące manifestowania i Prawa Przyciągania zaczęły przeżywać prawdziwy rozkwit. Wielu moich klientów było zafascynowanych przekonaniem, że każde pragnienie można „magnetycznie przyciągnąć” za pomocą wizualizacji i pozytywnego myślenia. Wieszali tablice marzeń z obrazkami wszystkiego, czego pragnęli — od wakacji na Bali po lofty artystyczne na Manhattanie. Zauważyłam jednak również, że wielu z nich żyło w lęku, że choćby jedna negatywna myśl może opóźnić realizację. Niektórzy obwiniali się wręcz bezlitośnie, gdy nie każde życzenie się spełniało, zakładając, że na pewno je „zablokowali”.

Od samego początku ten Wielki Pościg za Życzeniami — coś w rodzaju metafizycznego wyścigu Iditarod (Iditarod to ekstremalny wyścig psich zaprzęgów na Alasce) — pozostawiał mnie jednak z poczuciem pustki i zdumienia. Dorastając w relatywnym komforcie, lecz w stałym lęku, nie miałam złudzeń, że obsesyjne skupienie się na liście pragnień może przynieść prawdziwy spokój. Widziałam, jak niektórzy moi klienci zdobywali sławę i fortunę, by potem wszystko stracić. Ludzie manifestowali bratnie dusze, po czym tracili je równie szybko. Jedno bolesne pragnienie zdawało się rodzić kolejne.

Równocześnie coraz silniej czułam potrzebę pogłębienia własnych studiów duchowych, szczególnie w obszarze filozofii jogi. Z jogą zetknęłam się już na studiach i przeczuwałam, że zawiera ona wiele odpowiedzi — daleko wykraczających poza redukcję stresu i ładniejsze pośladki (choć, jak powiedziałby Seinfeld, nie ma w tym nic złego). Wiedziałam, że życie musi mieć głębszą, bardziej subtelną odpowiedź niż tylko: urodzić się, gonić za rzeczami i umrzeć. Tęskniłam za poczuciem bezpieczeństwa i „wystarczalności” — za przekonaniem, że mimo wzlotów i upadków, katastrof i załamań, można w jakiś sposób trwać w dobrostanie, niezależnie od nieustannej zmienności życia.

Zaczęłam więc studiować słynne starożytne teksty Indii, takie jak Bhagawadgita czy Jogasutry Patańdżalego. Odnalazłam niewypowiedziane ukojenie w ideach takich jak dystans (vairagya), nieprzywiązywanie się (aparigraha) oraz poddanie się (ishvara pranidhana). Były jak kojące, odżywcze napoje, których mój rozgorączkowany umysł łaknął od dawna.

W tym samym czasie odkryłam twórczość Florence Scovel Shinn, metafizycznej autorki z poprzedniego stulecia. Była bezpośrednią nowojorską kobietą, najbardziej znaną z książki The Game of Life and How to Play It. Dzięki Florence naprawdę „zrozumiałam”, że Bóg jest Źródłem wszystkiego. Kropka. Koniec. Zaczęłam dostrzegać, że do tego Źródła można się odwołać w każdej sytuacji, nawet tej pozornie bez wyjścia. Jej rozumienie Boskiego Porządku — przekonanie, że nawet największe wyzwania mają swoje miejsce w spójnym planie — zaczęło karmić moją wygłodzoną psychikę. W połączeniu z naukami jogicznymi wyłaniała się nowa droga, prowadząca mnie przez oślepiającą mgłę lęków.

To było tak, jakby Bóg wybuchnął śmiechem i powiedział: „Wiesz, kochanie, jesteś tu po to, by nauczyć się Mi służyć, a nie wydawać jedno polecenie za drugim. Pozwól Mi przejąć stery. Przestaniesz żyć w paraliżującym strachu i przypomnisz sobie, po co się urodziłaś. Wszystkie potrzeby zostaną zaspokojone — ponad to, co jesteś w stanie sobie wyobrazić”.

Poza tym moje własne ego i tak nigdy nie było w stanie wiele zamanifestować, nawet gdy bardzo się starało. I choć wiedziałam, że Prawo Przyciągania zawiera w sobie pewną prawdę (nasze myśli rzeczywiście częściowo tworzą naszą rzeczywistość), zaczęłam dostrzegać, że działają również inne, równie niezawodne prawa. Spośród jogicznych nauk szczególnie przyciągnęło mnie Prawo Prarabdha Karmy — idea, że w każdym wcieleniu dusza rodzi się z określonym programem nauki. Nie każde pragnienie ma się zrealizować, bez względu na to, ile tablic marzeń stworzysz.

Zaczęłam przeczuwać, że upragniony przeze mnie spokój przyjdzie poprzez naukę życia w świadomej harmonii z tą Siłą. Gorączkowo pragnęłam nauczyć się pozwalać, by Ona mnie używała, zamiast próbować używać Jej do spełniania życzeń. To nadczujne, obsesyjne ściganie pragnień zaczęło wydawać mi się skrajną formą mikrozarządzania. Tak wielu ludzi myślało: jeśli będę czujna w każdej, absolutnie każdej sekundzie, to w końcu, w końcu dostanę to, czego chcę. Ja jednak zaczynałam dostrzegać, że ego może być bezdenną studnią życzeń — i że nie wszystkie z nich służą najwyższemu dobru duszy.

Poprzez wizję Boskiego Źródła Florence Scovel Shinn — ideę, że żadna osoba, miejsce ani rzecz nie są moją ochroną ani bezpieczeństwem, a jedynie sama Miłość — moje życie zaczęło zmieniać się jeszcze głębiej. Uczyłam się porzucać agendę ego i puszczać kontrolę, czasem bardzo, bardzo boleśnie. Wraz z tym zaczął jednak wyłaniać się nowy rodzaj świętej obfitości. Nie miał on nic wspólnego z manifestowaniem milionów, a wszystko z umiejętnością otwierania się, dawania, przyjmowania i służenia Przepływowi.

Wierzę, że każdy może się tego nauczyć — niezależnie od wieku, rasy, narodowości, płci, orientacji seksualnej czy czegokolwiek innego. Bo w najbardziej praktycznym sensie Bóg przekracza to wszystko.

Nie oznacza to, że ignoruję bardzo realne „-izmy”, które dotykają i zatruwają to społeczeństwo, często w sposób brutalny i głęboko niesprawiedliwy. A jednak, gdy zapraszasz i ucieleśniasz to Źródło, obecne, tymczasowe warunki twojego wcielenia — wraz z samym ciałem — zostają przekroczone. Otwierasz się na to, w jaki sposób Boska obfitość ma przyjść właśnie do ciebie. Przy gotowości, ciekawości, a nawet z pozycji: „do cholery, jestem kompletnie wyczerpana” — tej nowej drogi można się nauczyć.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *