Bóg jest wszystkim. Nawet tym, czym nie jest.

To nie moje słowa. To Neale Donald Walsh – żeby była jasność :)

Dzisiaj będzie wpis, z którym nie do końca czuję się komfortowo, ponieważ od razu, kiedy zaczynam pisać, przychodzi do mnie myśl „a kim Ty jesteś, żeby dawać sobie prawo do pisania o Bogu”.
Ale chodzi to za mną od jakiegoś czasu, więc mimo tych stopujących mnie myśli, stwierdziłam, że napiszę, to co ja myślę na temat Boga.
Już samo to słowo uruchamia masę skojarzeń z religiami, Kościołem i wszystkimi ludźmi, którzy dali sobie prawo do mówienia w jego imieniu, ustalania praw, a co gorsza – egzekwowania ich na różne sposoby. Być może czuję, że dzisiejszym wpisem trochę ustawiam się w jednym szeregu z nimi. Pewnie dlatego mi z tym źle ;)

Bóg. Absolut. Coś nienazwanego. Przekraczającego możliwość pojęcia przez człowieka. Sprowadzony przez ludzi do parteru. Nazwany. Określony. Obdarzony ludzkimi cechami.

Ja chciałabym odnieść się w tym wpisie tylko do jednej kwestii, z którą się stykam w swojej pracy. I która powraca wciąż i wciąż. Do pytania, które zadają sobie ludzie, którzy zostali bardzo skrzywdzeni. Przez innych ludzi, przez przedwczesną śmierć dziecka, przez chorobę swoją, albo bliskiej im osoby. Fizyczną albo psychiczną.

„Skoro Bóg jest miłością, to jak mógł pozwolić, żebym cierpiał? Żeby stało mi się coś złego?”

Bóg jest wszystkim, nawet tym, czym W NASZYM LUDZKIM ODBIORZE NIE JEST I NIE POWINIEN BYĆ.
Bóg jest WSZYSTKIM. Nie jest dobry, ani nie jest zły. Po prostu JEST. WSZYSTKIM.

Zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga. Dla mnie znaczy to tyle, że powinnam uznać, że wszystko co jest we mnie, w takim samym stopniu zasługuje na miłość.

„Tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych.”
(i inne wersje tego samego zdania z Ewangelii Mateusza)

Nie masz problemu z Bogiem. Masz problem z interpretacją Boga.

Problemem jak widać, nie jest Bóg, ale nasza ludzka interpretacja tego, kim/czym jest.
Bóg stworzył nas na swoje podobieństwo, a my robimy z nim dokładnie to samo. Usiłujemy patrzeć na niego, przez swój własny pryzmat, przez to, jacy my jesteśmy.
Skoro siebie postrzegamy w biało-czarny sposób, to dokładnie to samo robimy z Bogiem.

Jak mogę myśleć o Bogu, że jest miłością, skoro o sobie nie umiem? Skoro siebie definiuję ciągle przez pryzmat dobra i zła? Skoro dzielę każdego dnia siebie na tę część, którą kocham, lubię, podoba mi się i na tę, której nienawidzę, wstydzę się i chętnie bym się jej pozbył raz na zawsze?

Wiele osób sądzi, że „rozwój duchowy” polega na tym, że stajemy się coraz bardziej „świetliści” i „czyści”. To jedna z większych pułapek. W ogóle nie o to w tym chodzi. Chodzi o to, żeby poznwać coraz lepiej siebie i coraz bardziej akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy.

Chodzi o to, że kiedy zgłębiamy swoje największe „brudy” i najbardziej wstydliwe postępki i ciemne zakamarki naszej duszy – odkrywamy, że są to po prostu miejsca, którym odmawiamy naszej miłości. Pójdę nawet dalej. Najokrutniejsze rzeczy robimy dlatego, że czujemy się zwyczajnie niekochani. Wierzymy, że ponieważ jesteśmy „źli” to musimy innym wyrwać, albo odebrać coś siłą, ponieważ nie dostaniemy tego od nich „po dobroci” bo nie zasługujemy na to.

Zamiast powiedzieć „proszę Cię” albo „czy mogę?” albo „czy możesz to dla mnie zrobić?” zachowujemy się tak, żeby zmusić, zmanipulować tę drugą stronę, żeby nam to dała. Bo prośba przecież może zostać odrzucona. Bo narażamy siebie na zranienie, na rozczarowanie i na skonfrontowanie się ze swoim wewnętrznym bólem i pustką i lękiem, że „nie jesteśmy godni miłości”, że „nie zasługujemy”, że „jesteśmy złymi ludźmi”. Przestajemy rozmawiać z bliskimi osobami, na których nam zależy, przestajemy być z nimi w dialogu i wymianie. Zamykamy się w sobie, z góry zakładamy, że nie ma co rozmawiać i prosić, bo i tak nie zostanie to zrozumiane, usłyszane, wzięte pod uwagę.

Co jeszcze złego może się dziać, kiedy uważamy, że Bóg jest dobry?

Jeśli patrzymy na niego jednowymiarowo, jeśli on jest dobry, to możemy dla odmiany myśleć o sobie, że to my jesteśmy źli. Proste. Porównując się każdego dnia do nieosiągalnego, idealnego Boga, ciągle czujemy się gorsi, niewystarczający, źli, niegodni miłości. Trzeba odsunąć na bok wszystkie określenia Boga. Dobry, zły, sprawiedliwy, taki siaki. Raz na zawsze. Nie zastanawiamy się jaki jest Bóg. Może warto, zamiast Boga opisywać przymiotnikami, przyjąć po prostu jego strategię? (O ile Bóg ma jakąś strategię, hahahahaha). Uznać, że wszystko w nas jest tak samo godne miłości? Przestać się „rozrywać” na dwie części? Tę dobrą i tę złą?

I nie, nie oznacza to, że należy sobie pozwalać na krzywdzenie innych ludzi i usprawiedliwiać się „nowym konceptem”. Wszystko co napisałam powyżej odnosi się do naszych przeżyć wewnętrznych, do naszych emocji, do stosunku do samego siebie.

Z tymi „złymi” częściami nas jest jak z niekochanymi dziećmi. Pewnie większość z Was oglądała kiedyś (chociaż przez chwilę) „Supernianię”.  Schemat zawsze był ten sam. Rozbrykane dzieci i bezsilni rodzice. Ale okazywało się ostatecznie, że dzieci były rozbrykane, bo nie czuły się kochane. Kiedy dostawały to, o co w tak niezdrowy sposób walczyły – czyli uwagę, czas, miłość i granice – sytuacja się zmieniała.

W dorosłym życiu jednak, to nasza rola. Zająć się naszymi wewnętrznymi dziećmi. Dać im miłość. Prosić o to, czego potrzebujemy, mówić o tym, komunikować to. Rozmawiać. Mówić wprost. Nie oczekiwać, że ktoś się domyśli czego potrzebujemy. To męczące – być w relacji z osobą, która nie mówi o swoich potrzebach. To męczące być zdanym ciągle na ludzi, którzy może się domyślą, a może nie. Inni ludzie już nigdy nie będą naszymi idealnymi rodzicami, których nie dane było nam mieć. Zresztą idealni rodzice nie istnieją. Czas się z tym także pogodzić. A gdyby istnieli, to też nie są od tego, aby zgadywać czego potrzebujemy.

Kochać siebie, dbać o siebie – to nasze zadanie.

Mówić o naszych granicach, naszych potrzebach. Szukać nowych strategii ich zaspokajania. I dawać miłość samemu sobie. Odkrywać w sobie te małe, niekochane dzieci, dawać im miłość i zaglądać im w oczy, głaskać je po głowie, przytulać je. A potem patrzeć,  jak z przerażających nas potworów, przeobrażają się w pomocne nam, wspierające nas cechy. Agresja staje się asertywnością, popęd seksualny przestaje być czymś, co kojarzy nam się z czymś brudnym i złym – jak zamienia się w zdolność, do czerpania przyjemności, w kreatywność, twórczość. Trzeba też godzić się z tym, że jesteśmy niedoskonali, popełniamy błędy, ranimy innych ludzi i samych siebie. To ludzkie. Zdarza się. Warto się starać, żeby jak najrzadziej. Warto przepraszać, kiedy się zdarzy. Warto sobie wybaczać. Być dobrym dla siebie. Pogodzić się z tym, że nie będziemy idealni, ale że możemy być wystarczająco dobrzy. I ostatecznie – wybaczyć wreszcie Bogu – że jest WSZYSTKIM.  Tak, jak my.

Bo to, co nas różni od Boga, to nie to, z czego się składamy, ale jaki mamy stosunek do tego, z czego się składamy. Bóg kocha bezwarunkowo wszystko co jest. Dlaczego nie wziąć z niego przykładu i nie dać miłości WSZYSTKIM częściom siebie?

Najważniejsze przykazanie – przestań wartościować.

Na sam koniec jeszcze jedna uwaga „techniczna”, która może wiele zmienić. Zauważyłam, jak ludzie o sobie mówią. Jestem leniwa, agresywna, spokojna, nerwowa, mądra, dobra, pracowita itp.
Nie tylko o sobie, ale innym też przyklejają takie jednowymiarowe etykietki. I oczywiście Bogu. Z takiego myślenia wynikają tylko problemy. Człowiek jest skomplikowany. Złożony. Wielowymiarowy. Nigdy raz na zawsze nie jest jakiś. Bywa taki i taki. Ważne, żeby uciekać od jednowymiarowych określeń w stosunku do siebie i innych ludzi. Nie utożsamiać się z jedną stroną swojej osobowości bo nic dobrego z tego nie wynika. Przestańmy robić to Bogu i sobie.

2 thoughts on “Nie masz problemu z Bogiem. Masz problem z interpretacją Boga.

  1. Bardzo mądre słowa.Zgadzam się z Tobą:)
    Ocenianie do niczego nie prowadzi. Zdecydowanie najlepszym wyjściem jest akceptacja wszystkiego co mamy w pakiecie, a potem świadoma praca nad zmianą tego co nam nie służy.
    Mówienie wprost o swoich potrzebach jest trudne – bo wiąże się z dyskomfortem, który często pojawia się u drugiej osoby (bardzo powszechny chyba schemat,że słuchacz czuje się zobowiązany do reakcji), więc jak w takiej sytuacji się wyrazić i przeżyć uczucie braku (niespełnionej jeszcze potrzeby)?

    1. Nie możesz brać odpowiedzialności za cudzą reakcję – jedynie za siebie. Jeśli boisz się jak ktoś zareaguje, to albo Ty przestajesz być autentyczna albo relacja z drugą osobą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *